Usiadłam na zniszczonej ławce, znalezionej w opuszczonych alejkach parku, widać, że nikt tu dawno nie przychodził. Trawa rosła nie równo, wychodząc poza wyznaczoną kostką granice, ścieżka, która kiedyś mogła być mocno wydeptana, dziś zarosła chwastami.
Zapomniano o tym miejscu tak samo, jak zapomniano o mnie.
Przede mną roztaczał się uroczy widok na rzekę, w której wesoło odbijały się ostatnie promienie zachodzącego słońca. Flirtowały uroczo na wzniesieniach wody, od czasu do czasu, rzucając wabiące błyski w moim kierunku, być może po to, abym przyłączyła się do tej zabawy. Ale byłam zbyt samotna, zbyt zmęczona ciągłą zabawą w kotka i myszkę, którą wprowadził w moje życie, ciągłą uwagą na wszystko co się mówi czy robi, by pewne rzeczy nie wydały się zbyt czułe, zbyt podejrzane, zbyt oczywiste...
Jakie to smutne.
W chwili, gdy odkryłam czym jest miłość, jak pięknie potrafi ubrać świat w kolory, rozpogodzić nawet najbardziej zachmurzone niebo, podsunąć stu procentową dawkę nadziei w momencie, gdy człowiek czuje, że traci ją kompletnie.
Utożsamiłam się w tym stanie sama ze sobą, czując, że stojąc na pograniczu dwóch różnych światów w żadnym nie czułam się dobrze, dlatego stworzyłam inny, odcięty od nich, który otulał mnie swym powabem i świeżością, kusił nowymi perspektywami. Pozwolił mi poznać mnie samą na tyle, że zrozumiałam, że nie zostałam stworzona, by żyć samotnie, mam w sobie tyle miłości i tyle ciepła, którym pragnę obdarzyć osobę, której zaufam, która się mną zaopiekuje. Myślałam, że znalazłam kogoś takiego.
Okazało się jednak, że nie mam szans na odwzajemnienie tych uczuć, które uniosły moje serce. Zostałam zepchnięta do roli zabawki, którą od czasu do czasu wyciąga się z zakurzonego kąta, by pobawić się, a potem zostawić na jakiś czas, kiedy znudzi się zbyt bardzo.
Nadano mi rolę chwilowej kochanki, której nigdy nie chciałam grać, miałam ambicje i pragnienia zagrać główną rolę, dać ponieść się publiczności, oczarować ich swoją osobą i zostać zaakceptowana, zrozumiana.
Teraz jednak, gdy klapki z moich oczu opadają i widzę wszystko takie, jakie jest naprawdę, nie mam za grosz odwagi wkroczyć w ten świat, który stworzyłam. Zacząć żyć od nowa. Bo ciągnie mnie w dół uczucie, którego powinnam pozbyć się w cholerę, jednak nie potrafię. Bo to najcudowniejsze, najbardziej intrygujące przeżycie jakiego doświadczyłam odkąd przeprowadziłam się do nowego miasta.
Mimo to wiem, że muszę ruszyć naprzód. Stanie w miejscu, a nawet cofanie się w tył nigdzie mnie nie zaprowadzi. Czas przygotować się na samotne noce, przygotować się na kolejne potoki łez. Ale potrzebuję tego.
Potrzebuję kuli, która będzie burzyć granice, która sprawi, że runie niebo, wszystko wokół spustoszeje, a ja będę mogła naprawiać siebie, kawałek po kawałku. Odbudować bez szczelin w pancerzu, tak by już żaden cios nie mógł mnie sięgnąć. Przynajmniej nie taki zadany z jego strony. Chce móc normalnie żyć, przejść obojętnie obok tego co robi i z kim. Nie chce czuć szpil, które wbijają się w moje serce za każdym razem gdy widzę go z kobietą.
Potrzebuję oczyszczającej fali, która przyjdzie i zabierze ze sobą cały ten bałagan, który otoczył mnie ciasnym wałem. Chcę zrobić wielki krok na przód, pokonując to wszystko, co stanie mi naprzeciw i spróbuje pociągnąć w tył, uszyć najpiękniejszy z uśmiechów na mojej twarzy, którym oczaruję każdego.
Zbuduję nowe królestwo, na gruzach starego.
Ale jestem tylko człowiekiem, więc pewnych rzeczy nie umiem uniknąć. Dlatego był ból i była tęsknota. Pojawiały się łzy i żal, który sprawiał, że każda komórka w moim ciele kurczyła się boleśnie, a potem niespodziewanie wracała na swoje miejsce.
Wszystko to, co działo się potem, aż do teraz wydaje się abstrakcją, jakąś dziwną formą alternatywnego świata, którego nie rozumiem. Może dlatego, że to nie jest mój świat? Może dlatego, że to przekracza wszelkie moje oczekiwania, albo inaczej...
To właśnie są moje oczekiwania, gdy dwa tygodnie z rzędu widujemy się prawie codziennie, prawie co noc zasypiałam u jego boku, wtulona w ukochane ciało, pragnąc go tak boleśnie mocno i świadomie, tak jakby mając go na wyciągnięciem ręki, ale jednak nadal był zbyt odległy, zbyt niedostępny. Jednak był. I to sprawiało, że sztormy w mojej głowie przycichły, wysokie, spienione fale zmieniły się w delikatne, trącające brzeg tchnienia wody.
Ale boje się cieszyć tym stanem, boje się zaufać temu, że może z tego być coś więcej. Co jeśli znów mu się odwidzi, co jeśli znudzi się mną i czasem, jaki mogę mu poświęcić. Co jeśli przestanie odczuwać potrzebę zobaczenia mnie?
Potrafię zachować milczenie, czuwać całe dnie, mogę być dla niego tą jedyną, jeśli tylko tego zapragnie.
Potrafię przywołać uśmiech na twarzy i radosny śmiech, gdy są potrzebne. Potrafię zmusić moje ciało do tańca, odgrywać rolę chwilowej kochanki. Mogę oddać mu całą siebie, wystarczy, że mnie o to poprosi, wystarczy, że do mnie przyjdzie.
Ale jestem tylko człowiekiem, potykam się i upadam. Krwawię za każdym razem gdy się zranię, załamuję się i płaczę. Wszystkie jego słowa, którymi mnie poczęstował, a które niczym smutne echo pobrzmiewają w mojej głowie, będące nożami w mym sercu, nie wyfruną od tak. Nie przestaną boleć, nie odejdą w zapomnienie.
On pocieszy mnie chwile, jednak zaraz potem rozkleję się i ucieknę do siebie, próbując odsunąć od siebie to wszystko. Spróbuję się ponownie nastawić na odpowiedni tor, przestać czuć, pracować niczym dobra maszyna. Spróbuję udźwignąć cały ciężar na swoich wątłych ramionach, czuje, że będzie tego potrzebował, gdy będzie odchodził.
Pozostawi mnie samą ze wszystkimi powodami i konsekwencjami.
Jestem w stanie znieść wiele, ale w końcu nastał taki czas, gdy mam po prostu dosyć. Czuję, że góra, na którą tak uparcie próbowałam się wspiąć okazała się zbyt stroma, zbyt wysoka bym temu podołała. Nie jestem z tych, co cofają się w tył, skoro zabrnęłam tak wysoko, nie zejdę, podążę dalej przed siebie, obierając zupełnie inny kierunek. Być może przy okazji uda mi się zdobyć szczyt zupełnie innej góry?