Obudziłam się bardzo wcześnie rano, pierwszą rzeczą jakiej chciałam i zapragnęłam, był on. Nic innego nie było ważne, głód, pragnienie? Było nim.
Wszystko, całe jestestwo tego dnia wiązało się z przemyśleniami o nim. Dlaczego tak jest?
Pomimo tak licznych prób uwolnienia się, opamiętania, nadal nie mogłam się zapomnieć. Jak gdyby rzucił na mnie jakiś czar.
Był pierwszą myślą po przebudzeniu i ostatnią na dobranoc. Każdą chwilą biegnę ku niemu, wszystkimi wolnymi cząsteczkami ciała, które mają ochotę otulić go, wtulić się w każdy zakamarek kochanego ciała, którego nie powinnam nigdy poznać.
Jaki ten los jest okrutny i przewrotny, podstawia nam pod sam nos coś pięknego, coś wspaniałego, a gdy zaczynamy się przekonywać, gdy pragniemy sięgnąć po to ręką, czerpać garściami... Zabiera nam sprzed nosa, kręcąc z dezaprobatą głową. Nie dla psa kiełbasa.
A ja czuję, że usycham, pustoszeje od środka. Uczucie tęsknoty jest tym, czego nie chce, bo oznacza to przywiązanie, przyzwyczajenie się do czegoś, kogoś co jest nam bliskie. Z drugiej strony, skoro teraz już wiem co czuję, czy głupotą nie byłoby wypierać się tej tęsknoty? Poszukiwać dla niej milionów znaczeń, które określały by ją w jakiś sposób, ale nie ten właściwy. Poszukiwać odpowiedzi, ale bać się zadać jakiekolwiek pytanie.
Nie chcę się przyznać do bólu, który obciąża niczym ołów wszystkie moje kończyny, spowalnia myśli, które ciągle i ciągle krążą tylko wokół jednego, wokół niego. Nie chcę się przyznawać przed nikim, nawet sama przed sobą jak bardzo boli mnie jego obojętność, to jak łatwo mu zastąpić mnie inną. Jak łatwo przychodzi mu gardzenie możliwością spędzenia ze mną choć odrobiny czasu, poznania mnie tak naprawdę, od podszewki. Mnie, a nie zakamarków mojego niedoskonałego ciała.
Strzałem w głowę byłoby przyznanie się do tego, że rozpaczam z powodu nieodwzajemnionego uczucia. To, że go kocham, tak, kocham, a on mnie nie. Że nie czuje do mnie nic, nawet głupiego przywiązania albo przyzwyczajenia. Sentymentu jaki odczuwa się, gdy użytkuje się pewną rzecz i nagle się ją traci, bo człowiek zdaje sobie sprawę ile sensu wnosiła w nasze życie, lub jak bardzo była nam potrzebna.
Więzienie...
Jestem w więzieniu własnych uczuć, które odrzucam chcąc normalnie funkcjonować, nie chcąc przyznać się sama przed sobą, że to wszystko jest we mnie tak głębokie, pierwszy raz tak prawdziwe, tak zapierające dech w piersiach, tak wypełniające mnie całkowicie... Tak... Tak... Tak bardzo, że nawet gdy ranił mnie wiele razy, ostrym ostrzem swoich słów, gdy opuszczał mnie i wyśmiewał wiele razy... Ja nadal potrafiłam przyjść do niego, wyciągnąć ramiona i tulić go. Tak mocno i tak długo, dopóki nie znikną jego demony. Dopóki nie zaśnie spokojnym snem. A gdy wiedziałam, że śpi, roniłam ciche łzy, które były balsamem dla mojej zmasakrowanej duszy.
I mimo, że cierpiałam, jednocześnie jaśniałam szczęściem. Bo mam go tutaj, obok, przy sobie. Teraz jest ze mną, mimo, że na pewno myślami lub sennymi marzeniami jest z inną.
Masochistka...
Podpowiada mi moje sumienie.
Powinnam odejść, okazać trochę dumy, którą schowałam do kieszeni. Pokazać, że jestem coś warta, że zasługuje na szczęście, na to by ktoś mnie kochał... Ale czuję, że wszystko co może mi przynieść szczęście jest nieodłącznie związane z nim.
Dlatego będę cierpieć, ale jednocześnie bezustannie trwać przy nim, by w chwilach ciemnoty, gdy umierać będę przez uczucia nieodwzajemnione, wyłowić promienną chwilę szczęścia, gdzie będę go mieć przy sobie.
Jednak nie powiem, że wszystko to prawda. Przecież to byłoby zbrodnią przeciwko moim uczuciom, przeciwko całemu mojemu malutkiemu jestestwu.
Muszę unosić się dumą, by przetrwać kolejny dzień, pakować siebie i swoje myśli wszędzie, byleby nie krążyć wokół niego, muszę dać mu żyć.
Żyć życiem jakie wybrał, dokonywać własnych wyborów nie związanych ze mną, jesteśmy sobie obcy, tylko noce nas zbliżają do siebie.
A czymże to jest w dzisiejszych czasach?
Kiedyś noce należały do miłości, do kochanków, którzy stęsknieni siebie samych wracali do siebie, do tych miejsc. Teraz... to noc, gdzie spotykają się tylko ciała, nie dusze.
Jego dusza nie wyszła mi naprzeciwko, pozostała zamknięta i zimna, gdy moja chciała ją otulić i ogrzać.
I nie mogę w żaden sposób go winić, w końcu każde z nas jest dorosłe.
Każde z nas podejmuje świadome decyzje.
Szkoda tylko, że nieświadomie się zakochałam i cierpię, tak bardzo, tak okrutnie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz