sobota, 23 maja 2015

Nocą...


Budzę się ze świadomością, że coś jest nie tak.
Mój oddech jest nierówny, serce przyspiesza swojego rytmu, już nie czuję ciepła minionego snu, nie czuję miękkości jedwabnej pościeli, zapachu lawendy. Rozglądam się po śpiącym pokoju, poświęcając dłuższe chwile głębokim, ciemniejszym cieniom, które miękko układają się do snu w jego zakamarkach. I kuje mnie świadomość, że przestrzenny pokój nagle stał się ciasny i mały, jakby znajdował się tutaj ktoś jeszcze. A przecież tak samo jak każdej nocy, jestem tutaj sama.
Odrzucam przykrycie i sięgam ręką w stronę fotela, po przerzucony przez oparcie szlafrok. Jednak zamiast gładkiego, wyczuwam szorstki materiał spodni. Chce zabrać szybko rękę przestraszona, jednak czuję w tym samym momencie, jak silna dłoń oplata mój nadgarstek i mocno ciągnie w swoją stronę. Krzyk więźnie mi w gardle.
Mój oprawca usadza mnie sobie na kolanach, tyłem do niego, głowę opierając na swoim ramieniu, jednocześnie zakrywając oczy ręką. Drugą owija moją kibić i przyciska pośladki do swojej nabrzmiałej męskości, która ostro wyżyna się na materiale spodni.
Ogłupiona paniką, nawet nie próbuję walczyć.
Kto to jest? Jak tu wszedł? Czego ode mnie chce?
Obraca głowę i czuję jego zarost, który w przyjemny sposób drażni moją skórę na policzku, przesuwa rozgrzanymi ustami po mojej żuchwie, dmucha gorącym powietrzem w ucho, po czym gryzie w płatek. Ciałem wstrząsa dreszcz, chcę zacisnąć uda, uwolnić się od niego, ale jakby przewidując mój ruch, rozsuwa moje nogi, blokując swoimi.
Zdesperowana wyginam się w łuk, chcąc znaleźć sposób, by się uwolnić zrobić cokolwiek, gdy uderza we mnie fala znajomego zapachu. Ciepło ciała tak znanego, tak upragnionego, wyczekiwanego dniami i nocami. Jest tutaj.
Oszołomiona odkryciem, znów daje się bezwiednie przyciągnąć z powrotem, jego ręka na mojej głowie jeszcze mocniej dociska ją do ramienia, druga puszcza kibić i przesuwa się w stronę lewej piersi. Nasze oddechy przyspieszają.
Bez uprzedzenia, nagle, zaciska palce na sutku jednocześnie gryząc płatek mojego ucha. Mocno, brutalnie. Skomle cicho, wyginając się, próbując zsunąć rozsunięte nogi, zacisnąć mocno uda...
Ale nie mogę, jestem bezbronna. Wszystko we mnie się zaciska i pulsuje.
To przerażające jaką ten człowiek ma władze nad moim ciałem, potrafi jednym dotknięciem postawić w stan gotowości wszystkie moje zakończenia nerwowe, które będą błagać o jego dotyk. Podmuchem swojego oddechu, ocierającego moją skórę wywołać burzę we wnętrzu, że staję się tylko drżeniem i oczekiwaniem na jego kolejny ruch, w zapamiętaniu oczekując kolejnego dotknięcia, kolejnego pocałunku.
Przeciąga dłonią w dół po moich żebrach, brzuchu docierając do paseczka włosów, dokładnie nad tym miejscem, gdzie chciałabym go poczuć najmocniej. Gdzie pragnę go najbardziej.
Ale drażni się ze mną i zamiast zejść niżej wraca do piersi, paznokciami przesuwając po wrażliwej skórze.
Jęczę już nie wiedząc czy z zawodu czy z pragnienia. Mam wrażenie, że coś mnie rozsadza, pulsuje wewnątrz mnie i potrzebuje czegoś... czegoś co to zaspokoi. Ukoi pragnienie.
-Pragnę cię... - szepcze mi do ucha, całując je zapamiętale, sprawiając, że tracę resztki samokontroli, poczucia jakiejkolwiek rzeczywistości.
-Weź mnie... - szepczę, mam wrażenie, że moje gardło ściska jakieś imadło - ...tu i teraz, bo już nie mogę.
Słyszę jak mruczy cicho, z aprobatą gdy znów jego ręka wędruje w dół, ale nie zatrzymuje się tak jak wcześniej tylko płynnie przesuwa się niżej, ciągnie za włoski by odwrócić moją uwagę, po czym wsuwa niespodziewanie we mnie dwa palce, przekonując się, że jestem bardzo wilgotna, bardzo gotowa...
Jęczę wyginając się w łuk, poruszając biodrami w rytm jego poruszeń, czując, że to ciągle za mało, ciągle nie to...
Wychodzę mu naprzeciw, bo nagle sobie przypominam, że też mam ręce. Przesuwam dłonią po jego wzwodzie, pocierając przez materiał kolistymi ruchami. Czuję na szyi jego przyspieszony oddech. Rozpinam rozporek i chwytam go. Zaciskam palce mocno przesuwając w górę i w dół, kciukiem rozsmarowuję małą słoną kropelkę i znów podejmuję odwieczny rytm, znany od setek lat. Góra.. dół... góra... dół...
Nasze ruchy się synchronizują, jęczymy, obdarzając się pieszczotami, które w żaden sposób nas nie zaspokajają, tylko podsycają bardziej ogień, który płonął między nami.
Ból narasta, potrzeba, którą zaspokaja ale jednak nie do końca, bo wiem czego mogę oczekiwać sprawia, że mam ochotę płakać, krzyczeć, skomleć, błagać o to... by ze mną skończył. Na łóżku, przy mnie, we mnie...
Krzyczę, wyginając się w łuk, gdy orgazm obezwładnia mnie całą. Puszczam go i pozwalam ponieść się fali, która przetacza się przez moje mięśnie, skórę, krew... Wszystko to łączy się w sobie, w centralnym miejscu i wybucha.
Widzę pod powiekami kosmos, supernowe wybuchające pięknym światłem czystej energii. I mam wrażenie, że sama jestem jak te gwiazdy.
Nagle wstaje, rzuca mnie na łóżko, wystraszona zachłystuję się powietrzem, wyciągając w jego kierunku ręce, prosząc o pomoc. Upadam na materac z szeroko otwartymi oczyma, próbując dojść do siebie. W tym oszołomieniu słyszę jak ściąga z siebie ubranie i chwilę potem czuję go nad sobą. Pochyla się by pocałować mnie, mocno, intensywnie, brutalnie, tak jak tylko on potrafi. Oszałamia mnie po raz kolejny, uwodzi.
Rozsuwa moje nogi i bez uprzedzenia wchodzi we mnie. Krzyczę, szeroko otwierając oczy, w których pojawiają się łzy.
To bolesne ale i przyjemne. Takie niespodziewane, takie seksowne.
Poprawia ułożenie moich bioder po czym zaczyna się poruszać, szybko, szalenie...
Krzyczę przyciągając go i jednocześnie próbując zrzucić z siebie.
Rozkosz przeplata się z bólem, szalona nie wiem na czym mam się skupić, by móc cokolwiek zrobić.
Walczę z nim, ale również dla niego.
Ale przegrałam to starcie. Nie mogąc nic zrobić, robię jedną sensowną rzecz, poddaję się temu i odpływam łodzią w kierunku ekscentrycznej przyjemności, jaką on mi daje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz