Moim ostatnim pragnieniem, które męczy moją duszę dość boleściwie, jest chęć ucieczki. Ochota zmiany otoczenia, ludzi, miasta. Tak.
Chcę uciec z miasta, w którym on jest, krążący gdzieś po krętych uliczkach opustoszałych kamienic, po zaludnionych alejach centrów handlowych, przesiaduje z obcymi mi ludźmi w lokalach, jedząc obiady lub spędzając miło wieczór.
Chcę uciec z miasta, w którym narodziło się tyle wspomnień, które wywołują uśmiech, przy jednoczesnym rozdarciu serca, przypływie łez. One, te wspomnienia są jak szarańcza, która wyniszcza cały mój porządek, cały spokój ducha, który udało mi się gdzieś w jakiś sposób uzyskać. Wywalczyć go w agoni duszy.
Ciekawa jestem, czy przybędzie jeśli powiem, że zamierzam opuścić miasto. Gdy wyślę, mu krótką wiadomość, coś w rodzaju "Wyjeżdżam z miasta".
Czy odpowie? Czy będzie umiał odkryć ukryte przesłanie? Zaszyfrowaną wiadomość, wołającą
o jego przybycie, o jego uczucie, o jego zainteresowanie, o cokolwiek...
o jego przybycie, o jego uczucie, o jego zainteresowanie, o cokolwiek...
Ale z drugiej strony, jestem zmęczona czekaniem na jakikolwiek sygnał. Zmęczona otrzymywaniem tysiąca pustych i zakłamanych sygnałów.
Zmęczona jego gierkami, w których pobudza moje uczucia, daje nadzieje na coś więcej, na szczęście, a potem bezlitośnie to wszystko zabiera obracając w żart, albo po prostu milcząc, zapominając
o mnie, po raz kolejny.
o mnie, po raz kolejny.
Moja głowa, ciężka jest od myśli, które nie dają mi spokojnie spać w nocy, moje sny są pełne jego, pełne pocałunków, dotknięć, ciepła jego ciała. Tak, tego kochanego ciała do którego tak tęsknie.
Do oczu tak wspaniałych, ale tak zdradliwych i tak szalenie zakłamanych, w które nigdy nie patrzę. W końcu oczy to zwierciadło duszy, w oczach można dostrzec wszystko.
Do oczu tak wspaniałych, ale tak zdradliwych i tak szalenie zakłamanych, w które nigdy nie patrzę. W końcu oczy to zwierciadło duszy, w oczach można dostrzec wszystko.
A ja nie chcę by on odkrył jak bardzo mi na nim zależy, nie chcę zobaczyć jego pogardy, skierowanej w moją stronę.
Nie chcę oglądać złośliwych chochlików i błysków żartów w momencie, gdy jakaś sytuacja wydaje się dla mnie chwilą życia, nawet jeśli rani mnie tak dotkliwie, że nogi się pode mną uginają.
Tonę, przez niego i dla niego, w morzu moich cierpień.
I zastanawiam się jaki to wszystko ma sens.
Czy to musiał być on?
Czy musiał stać się tym, na którego myśl, moje serce pęka, dryfując po oceanie łez, niespełnionych nadziei?
Czy to on musiał być tym, który tworzy niczym młody bóg dźwięki tak nowe, tak wspaniałe, wygrywane na strunach mojej duszy?
Czy to on musiał być tym, który odejdzie, zabierając ze sobą wszystko?
Czy zrobił to świadomie?
Zamykam oczy, wzdychając cicho. Przewracam się w łóżku na drugi bok, otulając się ciaśniej kołdrą. Tylko ona mi została, tak ciepła, tak przyjazna. Pozwala mi wyobrażać sobie, że to ramiona kochanka, oplatają tak ciasno, tak ciepło, tak wspaniale. I gdy zamykam oczy mogę to sobie wyobrazić, niemalże czuję jego zapach, włoski, które kiedyś tak złośliwie łaskotały mnie po nosie. Mogę wyobrazić go sobie całego. Jak układa swoją głowę w zagłębieniu mojego ramienia, zaczesuje kosmyk włosów, ten który zawsze mu przeszkadza, układa nos za uchem, by wdychać zapach moich perfum, wsuwa nogę między moje przysuwając do siebie jeszcze bliżej, jak gdyby chciał by nasze ciała się stopiły, tworzyły jeden, idealnie funkcjonujący organizm.
Czuję pod powiekami piekące łzy, już wiem, że powinnam przestać. Tylko ja to tak odbierałam, dla niego to było coś naturalnego, zasypiać z kimś w ten sposób, nie musiał nic czuć, nie pragnął.
Po prostu to było naturalne. Ot tak, nawyk wyuczony przez wiele sytuacji.
Po prostu to było naturalne. Ot tak, nawyk wyuczony przez wiele sytuacji.
Wspomnienia ranią, tym bardziej wywoływane w taki sposób, przez skojarzenia.
Próbuję odepchnąć to od siebie, nie chcę znów się pogrążyć. Nie chcę zatracić siebie w tym świecie, tak obłudnym, tak zdradliwym. Wiem, że jest mi bliżej niż dalej być tą, która będzie umierać w cierpieniu, dlatego nie chcę wpaść w tą pułapkę. Nie chcę zatracić siebie w tej walce, która jest zbyt nierówna, ja jestem zbyt słaba by móc wygrać. Bo pragnę go kochać, całą sobą i ze wszystkich sił, całowałabym go każdej nocy, przez całą noc, jeśli to by coś dało, gdybym wiedziała, że mnie pokocha. Mimo wszystko.
Pewne mrzonki pozostaną tylko mrzonkami. Być może kiedyś, gdy wychoruje się z niego, znajdę ramiona, które będą chciały mnie trzymać każdej nocy. Które będą otwarte tylko dla mnie każdego dnia. Kogoś, kto powie mi, że znalazł mnie, usłyszał w tłumie mój cichy głos, odwrócił się i gdy nasze oczy się spotkały, wiedział. Wiedział, że to mnie szukał. Wiedział, że to na mnie czekał.
Jednak jak bardzo mi przykro, że to on nie okazał się tym, który zwrócił na mnie tą uwagę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz